Kino DWORCOWE
Wrocław
- NIECZYNNE
- Miejsc: b.d.
- Otwarte: b.d.
- Zamknięte: b.d.
Poniżej zamieszczamy tekst p. Mirosława Maciorowskiego, który ukazał się 10 stycznia 2008 roku we wroclawskiej Gazecie Wyborczej. Kino "Dworcowe" zajmuje w rankingu p. Mirosława poczesne, 4 miejsce. Dzięki uprzejmości p. Mirosława zdjęcia niektórych pozostałych kin wymienionych w tymże rankingu zamieszczamy w naszym serwisie.
Tytuł artykułu: "W starym kinie, czyli momenty były"
Znam parę, która w Gigancie przeżyła swój pierwszy raz. Poszli na film Bergmana, bo to gwarantowało pustki. Garstka zainteresowanych siedziała w pierwszych rzędach, zakochani zaszyli się w kącie na górze. Tak, Gigant to było nie tylko kino olbrzymie, ale i wielofunkcyjne - prywatny ranking sentymentalny wrocławskich kin, których już nie ma, prezentuje Mirosław Maciorowski
To było w czasach, gdy na słomiankach wieszano pudełka po zagranicznych papierosach, a na kredensie stawiało się puste puszki po zachodnich piwach. Płyty Led Zeppelin i Pink Floyd można było kupić tylko na giełdzie pod Pałacykiem, tak samo jak wieżę z dzierżoniowskiej Diory czy głośniki Tonsilu. W telewizyjnej "Filmotece arcydzieł" redaktor Jacek Fuksiewicz puszczał "arcydzieła" z Bułgarii, Rumunii i NRD, bo na Woronicza mniej zwracano wtedy uwagę na słupki oglądalności, a więcej na jedynie słuszny przekaz.
Ale o ile telewizja nie musiała walczyć o widza, to kina walczyły. Wcale nie dlatego, że groził im upadek. W PRL o takie drobiazgi jak samofinansowanie nikt nie dbał. Po prostu ludzie zarządzający polską kulturą doszli do wniosku, że skądś trzeba brać kasę. Dlatego do polskich kin obok tandety trafiały także filmy ważne, dobre i przynoszące zysk. Oczywiście z opóźnieniem i nie wszystkie, ale trafiały. Większość obejrzałem w kinach, których już dziś nie ma.
Oto mój ranking sentymentalny
10. Polonia - ul. Żeromskiego
Kiedyś jedyne studyjne kino we Wrocławiu. Studyjne, czyli takie, w którym można było obejrzeć filmy, jakich nie można było zobaczyć gdzie indziej. Bo kina studyjne (dziś Lalka i Atom) z założenia stronią od komercji. Dla prawdziwych koneserów Polonia to było miejsce kultowe, świątynia kultury, w której stykali się z prawdziwą sztuką filmową. Przychodziła tam kiniarska elita. I choć od wejścia odstraszał już sam widok - odrapane, brudne i wybazgrane co najmniej od końca lat 70. ściany oraz niezbyt wygodne i niemal zawsze duszne wnętrze - to na frekwencję Polonia nie mogła narzekać.
W Polonii obejrzałem m.in. "Wyliczankę" Petera Greenawaya, "Niebieskiego" Krzysztofa Kieślowskiego oraz "Wniebowstąpienie", radziecki obraz Łarisy Szepitko, po którym poczułem się, jakby przez głowę przejechał mi walec.
9. Pokój - po kinie Pokój została wielka dziura w ziemi na podwórku przy ul. św. Mikołaja
Dopóki Pokój istniał, było to jedno z większych, popularniejszych i wygodniejszych kin w mieście. Siedzenia, jak na ówczesne standardy, były miękkie, a i odstępy między rzędami na tyle duże, żeby można było wyprostować nogi. Do Pokoju zabrali mnie pierwszy raz rodzice. Był to przedpremierowy pokaz jednego z odcinków nakręconej właśnie drugiej serii "Czterech pancernych i psa" (już z Tomkiem Czereśniakiem). Tak wtedy było - zanim superhit trafiał do telewizora, jedną część wyświetlano w kinach. To był odcinek, jak Rudemu trzeba było odciąć kawałek lufy. Bardzo to przeżywałem i po powrocie do domu też chciałem obciąć jakąś lufę. Następnego dnia z kumplem odcięliśmy więc brzeszczotem lufę w karabinie, który dostał na gwiazdkę. I tak kino o nazwie Pokój stało się dla mnie na zawsze symbolem wojny i czwórki pancernych, która ją dla nas wygrała.
8. Fama - ul. Krzywoustego, Psie Pole
To urocze małe kino, z zewnątrz przypominające raczej stołówkę albo pocztę, upadło gdzieś w połowie lat 90. Zdecydowało peryferyjne położenie i fakt, że niedaleko, w centrum Korona, powstał multipleks. W budynku kina szybko zainstalował się handel - był sklep papierniczy, wielobranżowy i meblowy.
Do Famy miałem daleko. Musiała być specjalna okazja, żeby tłuc się tam przez całe miasto autobusem. Raz podróż sprowokował sam Bruce Lee. Gdy na polskie ekrany z opóźnieniem dotarło "Wejście smoka", młodzież waliła drzwiami i oknami. Dwukrotnie - w kinach Warszawa i Śląsk - tłok przed kasami był taki, że nie dostałem biletów. Ale gdy w zimie zobaczyłem tłumek młodzieńców w białych kimonach, biegnących na bosaka po śniegu, pomyślałem, że trzeba "Wejście..." zobaczyć, bo na ludzi działa. Pojechałem na Psie Pole. Miłośnicy karate wychodzili po projekcji ze szczękami przy ziemi. Ja też. Od razu, jeszcze na Krzywoustego, próbowałem sprawdzić, czy potrafię kumpla kopnąć lewą piętą w prawy policzek. O mało nie wylądowałem w szpitalu.
7. Oko - ul. Pretficza (garnizonowy klub oficerski)
W Oku wygodnie się siedziało (miękkie fotele), ale niewygodnie oglądało. Bo sala - typowa aula do uroczystych apeli - podłogę miała równą, bez choćby minimalnego spadu powodującego, że ci, którzy siedzą z przodu, nie zasłaniają ekranu tym z tyłu. A ekran zawieszano nisko. W pierwszych rzędach było jeszcze jako tako, ale im dalej, tym gorzej.
Za każdym razem, gdy mówię "Oko", myślę "pikolaki". Szał na nie był na przełomie lat 70. i 80. Skórzane buty z ostro zakończonymi czubkami, na ściętym, dość wysokim obcasie, czasem ze złotą klamrą. Moda na pikolaki wzięła się podobno od Johna Travolty, który tańczył w nich w "Gorączce sobotniej nocy". Ale w mojej parafii w pikolakach zaczęto chodzić po obejrzeniu, właśnie w Oku, włoskiego dramatu "San Babila godzina 20". Gang młodocianych faszystów z rzymskiej ulicy San Babila zamordował bez powodu człowieka. Skini tamtych czasów na grzbietach mieli czarne kurtki, a na nogach właśnie pikolaki. Wkrótce w takich butach chodziła większość moich kumpli. Na szczęście na tym naśladownictwo się skończyło.
6. Zamek - ul. Średzka, Leśnica
Najpiękniejszy budynek spośród wszystkich, w których były kina, ale wyprawy do Leśnicy zajmowały często cały dzień. Wiosną i latem jechało się tam na wiele godzin przed seansem. Magnesem był nie tylko film. Nie wiem, na czym to polegało, ale w czasach PRL kupienie piwa w centrum Wrocławia graniczyło z cudem, ale na peryferiach go nie brakowało. Kilkugodzinny pobyt w Leśnicy zaczynał się w położonej niemal naprzeciw Zamku knajpie. Serwowano tam piwo kuflowe albo "mieszczucha" z butelki. Można było też dobrze i tanio zjeść. Potem dochodziło do plenerowej dogrywki. Bo Zamek ma wokół siebie niezwykłej urody park (wtedy trochę zaniedbany). Nad brzegiem Bystrzycy pękały kolejne flaszki, zwykle przy partiach karcianego "żyda". Dopiero później szło się na film.
Z Zamku pamiętam m.in. tandetny obraz "Na krawędzi". O tym, jak polski szpieg rozpracowuje siatkę agentów w NRF. Był prawie tak żenujący jak serial "Życie na gorąco", z tym, że odpowiednikiem przystojnego redaktora Maja (Leszek Teleszyński) był agent polskiego kontrwywiadu Czernik grany przez Zygmunta Malanowicza. Obejrzałem to akurat całkiem trzeźwy i wytrzymałem do końca. W Zamku widziałem także "Z życia marionetek" Ingmara Bergmana (też wytrzymałem) i "Człowieka z marmuru". Dzieło Andrzeja Wajdy po premierze było rozpowszechniane niemal w konspiracji. W kinie zobaczyłem je dopiero pomiędzy sierpniem 1980 a grudniem 1981 roku.
5. Światowid - ul. ks. Brzóski, Sępolno
Piękny budynek z czerwonej cegły zaadaptowano na kino po wojnie. Wcześniej Światowid był kościołem ewangelickim. Ale historia zatoczyła koło i pod koniec lat 90. kino zlikwidowano i dziś znów swoją świątynię mają tam ewangelicy. Światowid, choć królowała nad nim wysoka wieża, z zewnątrz wydawał się kinem niezbyt dużym, dopiero po wejściu widać było, jaki jest przestronny.
Ze Światowida pamiętam film "Butch Cassidy i Sundance Kid" z Robertem Redfordem i Paulem Newmanem. Ten western (nietypowy, bo - co w tym gatunku rzadkie - jest komedią, a co jeszcze rzadsze, główni bohaterowie giną), nie wiedzieć czemu, trafił na nasze ekrany z dużym opóźnieniem. Można było jednak o nim przeczytać w fachowej prasie, więc gdy pojawił się w Polsce, był już sławny. Jest w tym filmie niezapomniana scena napadu na bank. Cassidy'emu i Kidowi w Stanach grunt palił się pod nogami, postanawiają więc uciec do Boliwii i tam rabować. Nie znają hiszpańskiego, więc podczas skoku na bank sterroryzowanej obsłudze wydają polecenia, czytając je ze ściągawek.
Każdy ma film, na którym śmiał się najbardziej. Dla mnie to właśnie "Butch Cassidy i Sundance Kid". Nigdy wcześniej i nigdy później nie uśmiałem się tak bardzo.
4. Dworcowe - Dworzec Główny
Jeszcze niedawno działało. Pomyślane jako kino dla podróżnych, którzy czekają na pociąg, przyciągało jednak w równym stopniu wrocławian. No i sławy. Bywali tam Rafał Wojaczek i Zbigniew Cybulski. Ten drugi podobno w przeddzień śmierci, gdy kręcił we Wrocławiu film "Morderca zostawia ślad".
Na przełomie lat 70. i 80. Dworcowe było bardzo ważne szczególnie dla młodego pokolenia żądnego wrażeń erotycznych. Pracowało tam dwoje bileterów. Rygorystyczna pani na filmy od lat 18 smarkaczy nie wpuszczała, ale pan wpuszczał nawet przedszkolaków. Z racji fizycznego podobieństwa do szwarccharakteru z "Pogody dla bogaczy" nazywaliśmy go Falconettim. Mój kolega, koneser ostrego kina, codziennie dowiadywał się, czy tego dnia dyżur ma Falconetti. Jak było co oglądać, planował seans. Na "Dziejach grzechu" w Dworcowym był dziewięć razy.
Po 1980 roku Dworcowe stało się kinem wysokiego ryzyka. Przy dworcu zawsze kręciły się typki spod ciemnej gwiazdy, zdarzały się nawet pobicia.
3. Piwnica Świdnicka - Rynek, pod ratuszem
Wąskie i długie kino, z nieco za wysoko i krzywo zawieszonym ekranem. Ale dobrze nagłośnione i z wygodnymi siedziskami. Piwnica była kinem dla wagarowiczów (choć i Dworcowe spełniało taką rolę). Rano przed kasą tłoczyli się głównie młodzieńcy ze szkolnymi teczkami w rękach. Milicja robiła naloty, po seansie w przedsionku czekał patrol i wyłapywał wychodzących wagarowiczów. Większość "trafionych" lądowała na Łąkowej. Stamtąd dzwoniono do szkół, a te zawiadamiały rodziców. Gdy i mnie w końcu capnęli, miałem farta. Milicjant się zlitował i puścił nas. "Żeby mi to było ostatni raz" - usłyszeliśmy i po odzyskaniu teczek zarekwirowanych w kinie daliśmy nogę.
Piwnica kojarzyć mi się będzie zawsze z Grażyną Szapołowską i Jadwigą Jankowską-Cieślak, bo właśnie tam obejrzałem "Inne spojrzenie", najpiękniejszy film o miłości damsko-damskiej.
2. Gigant - Hala Ludowa, dziś Stulecia
Kiedyś największe kino w Polsce, z największą widownią i największym ekranem. Kojarzy mi się z wiatrem i ogniem. Z wiatrem, bo w kinie wiało. Zwykle z lewej na prawą stronę, ale czasem odwrotnie. O tym, czy wieje, decydowali strażnicy przemysłowi. Bo strażnik też człowiek i oglądać filmy musi. Gdy zaczynała się projekcja, olbrzymia kotara zasłaniająca drzwi na widownię powoli się przesuwała i pojawiała się umundurowana postać. Czasem kilka. To samo działo się przy wejściu z drugiej strony. Robił się przeciąg. Latem było przyjemnie, zimą bywało zimno.
W Gigancie obejrzałem hit kina katastroficznego "Płonący wieżowiec", dlatego kojarzy mi się z ogniem. Koledzy twierdzili, że pierwszy film z efektami specjalnymi trzeba obejrzeć na naprawdę wielkim ekranie. Efekty specjalne w "Wieżowcu..." nie bardzo pamiętam, ale gigantyczny ekran robił wrażenie.
Gigant słynął z czegoś jeszcze. Znam parę, która przeżyła tam swój pierwszy raz. Poszli na film Bergmana, bo to gwarantowało pustki. Garstka zainteresowanych siedziała w pierwszych rzędach, zakochani zaszyli się w kącie na górze.
Tak, Gigant to było nie tylko kino olbrzymie, ale i wielofunkcyjne.
1. Kubuś - ul. Harcerska, Oporów
Bardzo dawno zamknięty, trochę mniej dawno zburzony, dla mnie absolutny debeściak. Na Grabiszynku kino kultowe. Malutkie - 40 drewnianych foteli z twardymi siedziskami, które zamykały się po wstaniu. Ekran (z dużą żółtawą plamą z prawej strony) zszyty był z dwóch kawałków płótna w jednej trzeciej szerokości. Szew z góry na dół był widoczny nawet z ostatniego rzędu. Ekran wisiał tak nisko, że czasem odbijały się na nim czubki głów co wyższych widzów.
Zwykle w sobotę po południu do kina zwalał się element. Chłopaki pod kurtkami mieli jabole, z piciem specjalnie się nie kryli. Czasem u dołu ekranu pojawiał się cień przechylanej właśnie butelki. Dochodziło do awantur. Kiedyś wezwano milicję, gdy pijany wyrostek podczas seansu załatwił się w kącie sali. Winowajcę postawiono przed kolegium, ale na parafii zyskał nieśmiertelną sławę.
Hitem Kubusia były dwa kaflowe piece. Kiedyś, w środku zimy, byliśmy na filmie "W drodze na Kasjopeję" - radzieckiej odpowiedzi na "Gwiezdne wojny". W kulminacyjnym momencie, gdy kosmonauci byli już blisko uratowania Ziemi przed zagładą, a emocje sięgały zenitu, drzwi do sali otworzyły się i weszła pani z węglarką w dłoni. Skrzypnęły drzwiczki od pieca i salę rozświetliły ciepłe promienie. Pani dorzuciła węgla, zabełtała pogrzebaczem i wyszła.
W Kubusiu widziałem m.in. "Krzyżaków". Podczas projekcji pijana gawiedź głośno komentowała wydarzenia na ekranie. Euforia zapanowała, gdy Jurand ze Spychowa cisnął bratem Rotgerem o ziemię. Na chwilę przerwano nawet projekcję. Było cudownie
PS Ze starych kin wrocławskich nie działają już także Wodomierz na Długosza, Ognisko na Karłowicach i Pionier na Jedności Narodowej. Kino Śląsk znów, jak przed wojną, jest teatrem Capitol. Wciąż jeszcze istnieją Lalka, Atom, Mozaika, Warszawa i Lwów, które kiedyś było Przodownikiem.

























