Pamiętam niektóre tytuły wyświetlanych tam filmów: „Konik Garbusek”, „Różowa Pantera”, „Superpotwór”, „Wejście smoka” – na ten ostatni mnie niestety nie wpuścili, wracając z mamą do domu ryczałem całą drogę, „Ostatni dzwonek” – później poznałem zresztą Łazarkiewiczów i grałem u nich.
Natomiast z czasów wrocławskich zapamiętałem zwłaszcza kino Dworcowe. Na projekcji „Klasztoru Shaolin”, kiedy siedziałem w pierwszym rzędzie, tuż po ostatniej scenie myślałem, że do mnie strzelają! Wyjaśniam: huk powstający przy wstawaniu widzów z kinowych, drewnianych foteli był jak odgłos karabinu maszynowego. Zerwałem się na równe nogi, niemiłosiernie się wtedy przestraszyłem.
Chociaż swoje największe filmowe fascynacje przeżyłem kiedy te kina zostały już zamknięte, to kiedy myślę o tamtych miejscach, mam poczucie utraty czegoś pięknego, ulotnego, czego nie ma w dzisiejszych molochach, multipleksach. Żal mi tamtych kin. DKF-y były miejscami twórczymi.
Dariusz Toczek, aktor





















