Moim Odkrywczym Kultowym Kinem z czasów podstawówki było Kino Miejskiego Ośrodka Kultury w Nowej Rudzie. Gierkowski budynek opakowany w czerwono-brunatną mozaikę (zbyt młoda kiedyś, żeby pamiętać teraz to bardziej, niż „przez mgłę”, zadzwoniłam podpytać o to starszą siostrę:), wewnątrz toporne czerwone kotary i wypaczony od stukotu czerwonych trzewików Zespołu Pieśni i Tańca „Nowa Ruda” (w którym notabene tańczyła moja siostra) parkiet. I oczywiście drewniane trzeszczące, nie pozwalające przysnąć podczas seansu krzesła.
Wyprawa do kina MOK-u była czymś niezwykłym i niecodziennym – 2-3 kilometry autobusem przez dolnosląskie wzgórza z dzielnicy Nowej Rudy – Słupca. Dla dzieci ze szkoły podstawowej było to po prostu wielkie wydarzenie - wyprawa autokarowa z całą klasą.
W tamtych czasach repertuar miał dla mnie najmniejsze znaczenie. “Duch Kacper”, “101 Dalmatyńczyków” i inne bajki. Pamiętam, jak podczas seansu “Draculi” wiele dzieciaków piszczało ze strachu wiercąc się na swych trzeszczących krzesłach. Nauczycielki zaś (prawdopodobnie podzielając ten strach) zapewne tłumaczyły sobie w duchu dobór seansu – nie do końca adekwatny dla dzieciaków – tym, że przecież i tak nic innego nie grali.
Pamiętam jak wtedy zamiast piszczeć z innymi, nie mogłam przestać się śmiać. I nie pamiętam już, czy był to śmiech nerwowy, w wyniku strachu, czy ze szczęścia, że nieważne jaki film grają, bo niepowtarzalny klimat kina w zupełności mi wystarczy.
W Warszawie, w której mieszkam od 8 klasy szkoły podstawowej, repertuar filmowy jest dziś ogromny. Ale tak, jak i w całym kraju, zaczyna brakować tak pięknie trzeszczących kin…
Marta Siemieniec - terapeutka, organizatorka imprez artystycznych





















