Kino Światowid w Przasnyszu przeszło kilka etapów, od przybytku X muzy, przez hurtownię, znowu kino, następnie sklep, po niszczejący i nikomu niepotrzebny, pusty gmach w centrum miasta. Podobny finał spotkał kino Lotnik w przasnyskim Klubie Garnizonowym. Oba obiekty darzę niemałym sentymentem. W Lotniku oglądałem już jako 12-13-latek kilka zupełnie dorosłych filmów, a to za sprawą odnalezienia przejścia na tyły ekranu. Nauczyłem się także, dzięki tym nielegalnym, dość szybko czytać od prawej strony. Niejaki brak komfortu łagodziło uczucie spełnienia poprzez uczestnictwo w czymś zabronionym. Tutaj też obejrzałem pierwszego „Obcego”, po czym przez kilka dni miałem duże problemy z zaśnięciem. Podobnie było z obrazem „Coma”. Innym seansem, który wywarł niemałe wrażenie był „Wystarczy być” z Peterem Sellersem. Ówcześnie nie do końca zrozumiały, ale nostalgicznie zabawny los „Czanseja Ogrodnika” rozczulał mnie i bawił do łez. Jeszcze innym obrazem „nielegalnym” był „Powrót do domu” z Jane Fondą i zjawiskowo zagrana scena erotyczna między nią a jej niepełnosprawnym partnerem.
Z kolei w Światowidzie oglądaliśmy wraz z koleżkami wszystkie filmy premierowe (jakieś 3 miesiące po ich premierach w Warszawie). Foyer pełne fotosów starych gwiazd kina zmobilizowało mnie do tego, aby o tych ludziach dowiedzieć się więcej. Zacząłem poznawać także filmy, w których grali obecni na zdjęciach, Bogart, Cybulski, Von Sydow czy Ingrid Bergman. Zainteresowania te zaowocowały późniejszym ukończeniem przeze mnie łódzkiego filmoznawstwa. Tutaj obejrzałem większość wczesnych Godzilli. IV epizod „Gwiezdnych Wojen” w ciągu jednego tygodnia projekcji obejrzałem 7 razy na 10 seansów, co zakończyło się niespełnioną miłością do księżniczki Lei. W Światowidzie zdarzało nam się pić tanie winka i palić papierosy „Mocne”, nigdy jednak – będąc nawet 15-sto osobową grupą- nie przekraczaliśmy granic dobrego wychowania i nie zakłócaliśmy seansów. Po prostu kochaliśmy kino. Tutaj także toczyłem nieustające boje z panią bileterką, która nie zawsze chciała mnie wpuszczać na dorosłe seanse, chociażby na „Wejście Smoka”.
Jeszcze jedna rzecz zawsze zwracała moją uwagę na popołudniowych seansach w Światowidzie. Ilekroć na zewnątrz świeciło słońce, to w ciemniej sali kina, na suficie widać było poruszające się ni to cienie, ni to obraz przechodniów z zewnątrz. Dopiero na studiach dowiedziałem się, że miałem do czynienia z „camera obscura”. Tak iż mogę stwierdzić-Światowid nie tylko przedstawiał wykreowaną przez artystę wizję filmową, ale także sam próbował chwytać (i rejestrować - w mojej pamięci chociażby) pozakinową rzeczywistość. I choć w kinie tym nie obejrzymy już raczej żadnego filmu, to jednak jego wpływ nagrał w dużej mierze moje życie.
Cezary Abramczuk - filmoznawca, didżej, producent





















