Kina krakowskie i inne...
Pierwsze kinowe wspomnienia nikną w otchłani niepamięci...
Ale wydaje mi się, że na samym początku była „Niekończąca się opowieść” Wolfganga Petersena. Film powstał w 1983 roku, na polskich ekranach gościł w 1986, miałem więc 5 lat. Przez większą część życia byłem przekonany, że Falkor to wielki, żółty, latający pies, okazało się całkiem niedawno, że to wielki, różowy, latający smok... Czy jakoś tak. Jestem wręcz przekonany, że widziałem ten film w kinie w Zakopanem lub w Krynicy. Czyżby „Giewont” lub „Sokół”? Albo „Jaworzyna”?
Kolejne tytuły i kina? To już tylko Kraków. Pamiętam „Gremliny”
(a może „Gremliny 2”?) w „Wolności”, pamiętam „Forresta Gumpa”
w „Warszawie” (wcześniej i później „Atlantic”). Z klasą chodziliśmy do weteranek krakowskich kin „Uciechy” (teraz jakaś prywatna szkoła – sic!) i „Wandy” (teraz „Delikatesy Wanda” – sic! sic!) oraz do legendarnego „Związkowca”. Na co? Nie mam pojęcia. Pierwszy „dorosły” film to z pewnością „Siedem” Davida Finchera (premiera polska na początku 1996 roku) w „Warszawie” – wypad z kolegą i dwoma koleżankami, ha! W „Wandzie” oglądałem też film egzaminacyjny na studia, to był „Wojaczek” Lecha Majewskiego. Z „Apollo” pamiętam między innymi premierę filmu, podczas której bankiet zorganizowano przed pokazem. Czyżby twórcy bali się, że nikt nie dotrwa do końca? Bardzo możliwe, bo była to premiera „Nienasycenia” Wiktora Grodeckiego.
Smutne, że żadne z wymienionych powyżej kin krakowskich już nie istnieje...
Czas liceum to już postępujące uzależnienie od kina. Biegałem głównie do „Paradoksu”, ulubionego „Mikro” i „Rotundy”, bo tam dawali najciekawszy, najambitniejszy repertuar, tam też można było podszkolić się z historii kina. W gazetach lokalnych można było wygrać mnóstwo zaproszeń do kina, w pewnym momencie z kolegami w tajemniczy sposób zmonopolizowaliśmy linie telefoniczne do redakcji, zdobywaliśmy komplet. Tak, przyznaję po latach, nadliczbowe zaproszenia sprzedawaliśmy przed kinami... Ale zdobyte tak pieniądze przeznaczaliśmy na bilety do innych kin. I tej wersji będę się trzymał;)
W „Mikro” bywało ciasno, więc rezerwowaliśmy miejsca, podając cokolwiek zniekształcone nazwiska naszego wychowawcy lub dyrektora szkoły. Tak dla zgrywy.
Miło wspominam kursy wiedzy o filmie organizowane przez Anielę Niklasińską w „Paradoksie” i start, pod Jej opieką, w Ogólnopolskim Konkursie Wiedzy o Filmie (finał w Gdańsku w 2000 roku).
Bywałem i bywam też „Pod Baranami”, sporadycznie w „ARS”, we „Wrzosie” i „Kijowie” tylko z okazji festiwali, nie przypominam sobie wizyt w nowohuckim „Sfinksie”, a także w „Pasażu” czy „Tęczy”. Molochy multipleksowe omijam szerokim łukiem. Tyle Krakowa.
Chyba nie jestem już w stanie wymienić wszystkich kin w Polsce,
w których oglądałem filmy. Pracowałem z okazji festiwali rozmaitych
w sanockim „Pokoju” (dochodzą mnie słuchy, że już nie istnieje...), cieszyńskim „Akademickim”, łódzkim Teatrze Wielkim, no i oczywiście
w „Skarbie”, „Salcie” i „Dzięciole” (ten ma czekającą na zbadanie przedwojenną historię!) w Zwierzyńcu. Pamiętam także seanse w komplecie kin cieszyńskich: „Piaście”, Teatrze Mickiewicza
i „Centralu” po czeskiej stronie Olzy, „Świtezi” w Łagowie, „Trójce” we Wrześni, „Chatce Żaka” i „Bajce” w Lublinie, „Marzeniu” w Wiśle (tam chyba kupowaliśmy po dwa bilety, by zagrali dla nas film...), „Bałtyku”
i „Polonii” w Łodzi, „Adrii” w Bydgoszczy, „Neptunie” w Gdańsku, „Światowidzie”, „Rialto” i Centrum Sztuki Filmowej w Katowicach, „Warszawie” i „Atomie” we Wrocławiu, stołecznych „Lunie”, festiwalowej „Kinotece”, „Rejsie” i „Muranowie”...
To chyba jeszcze nie wyczerpuje listy, ale pamięć już rozgrzana do czerwoności.
Kawał życia spędziłem w ciemnych salach kinowych. I zmieniać tego nie zamierzam!
Maciej Gil, animator kultury filmowej,
sekretarz generalny Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych





















