Adam Błaszczak, furman z Klątw wchodził na salę i z charakterystycznym, mazurskim zaśpiewem oznajmiał: „Pocekajta państwo wsyscy, aż się kobylina wyscy”. Kinomani czekali więc cierpliwie. Cóż mieli robić, skoro od kobyłki chodzącej w kieracie zależał los projekcji. A działo się to w latach 30., kiedy w Tyszowcach funkcjonowało kino.
Tadeusz Kalmuk (rocznik 1924), pamięta kino doskonale. Ojciec Julian zabierał go czasami na seanse. Kalmuk zapamiętał „Szczepcia i Tońcia”, „Dorożkę nr 13” i oczywiście filmy religijne, jak choćby „Obrona Częstochowy” i „Pod Twoją obronę”. W tyszowieckim kinematografie grano także „Profesora Wilczura”, „Dzieje grzechu”, „Barbarę Radziwiłłównę”. Cała sala zaśmiewała się z osławionej komedii Grigorija Aleksandrowa „Wiesiołyje riebiata”. Największym powodzeniem cieszyły się jednak filmy z polską aktorką Jadwigą Smosarską.
- Te filmy były ładne i śmieszne, aż się chciało je oglądać – roztkliwia się Kalmuk.
Film „Trędowata” był zakazany dla młodzieży. Informowały o tym napisy na plakatach. Przestrzeganie zakazu kontrolowali nauczyciele. Pojawiali się nagle na sali kinowej, robili szybki przegląd widzów i wyłapywali uczniów, którzy złamali zakaz. Jednym z nich był Nikodem Dziubiński. Kiedy grano „Trędowatą” był uczniem siódmej klasy szkoły powszechnej.
- Tego dnia padał deszcz. Myślałem, że nikomu z nauczycieli nie zechce się w taką pogodę łazić po błocie. Udało mi się kupić bilet i wejść na salę. Obejrzałem może jedną trzecią filmu, a tu nagle zapaliło się światło i na salę wtargnęli nauczyciele. Choć starałem się schować pod ławkę, to mnie zauważyli. Jak przestępcę, na oczach wszystkich wyprowadzili z kina – opowiada Dziubiński.
Potem, na porannym apelu Nikodema Dziubińskiego wywołano po nazwisku przed szereg. Ówczesny kierownik szkoły Stanisław Witeszczak zagrzmiał, że ten oto uczeń był na zabronionym filmie i złamał regulamin szkoły.
- Finał był taki, że na półrocze obniżono mi sprawowanie do odpowiedniego – rozpamiętuje Dziubiński.
- Film „Trędowata” był dla nas jak zakazany owoc. Dziewczyny malowały usta, ubierały się poważniej, byle tylko dostać się do kina – wspomina Feliksa Czarnecka. Dziwi się, dlaczego akurat tego filmu nie pozwalano oglądać. Przecież nie było w nim nic brutalnego. Tylko miłość, miłość i miłość.
Koń w kinie
Kino w Tyszowcach zawsze wzbudzało emocje. Pierwszy film przyjechał do miasteczka z kinem objazdowym. Projekcja odbywała się w tzw. „pańskim sadzie” obok remizy strażackiej. Film „Męska pańska” musiał być wzruszający.
- Ojciec opowiadał mi, że po filmie doszło do bijatyki między katolikami a Żydami. Zaczęło się od tego, że któryś z katolików, przejęty scenami cierpienia Jezusa dał w mordę stojącemu obok Żydowi. Zobaczył to drugi i zrobił to samo. Żydzi nie pozostali dłużni - Bolesław Tybulczuk relacjonuje zasłyszaną od ojca historię. Musiało to być dawno, bo ojciec Bolesława- Tadeusz, słyszał ją z kolei od swojego ojca Leonarda.
Stały kinematograf powstał w Tyszowcach nieco później - w 1931 lub 1932 roku. Założyli go Meier Szek i Kazimierz Sikorski. Pierwszy należał do żydowskiej elity. Miał w Tyszowcach wyszynk na rynku i rodzinę w Ameryce. Drugi był mistrzem kowalskim.
- Kino było wspólne, pięćdziesiąt na pięćdziesiąt procent – prostuje Maria Jakubiak córka Kazimierza Sikorskiego – To ojciec wystąpił z inicjatywą jego uruchomienia. O ile sobie dobrze przypominam, projektor kupił od Bogusława Świdzińskiego z Hrubieszowa. Kino nazywało się „Konfederatka”.
Seanse odbywały się w oddanym do użytku w 1931 r. Domu Parafialno-Ludowym. Za wynajęcie sali, spółka Szek & Sikorski płaciła parafii 1000 zł rocznie. Umowa przewidywała, że na Sylwestra, bale i uroczystości patriotyczne, sala musiała być uprzątnięta z krzeseł i ławek.
Początkowo wyświetlano filmy nieme. Obok płóciennego ekranu, na zydelku, przy pianinie oświetlonym świeczką, melodie wygrywał organista kościelny Jan Mroziewicz. Potem zastąpił go żydowski grajek na skrzypkach. Czasami w przerwach grała orkiestra strażacka.
Kinematograf zasilany był przez kierat. Chodziła w nim kobyłka Hipolita Małysa, mistrza rzeźnickiego, który mieszkał nieopodal, przy moście nad rzeką. Kobyłki pilnował Adam Błaszczak, furman z Klątw. Często musiał chodzić za nią w kółko. A, że praca to była nużąca, Błaszczak lubił sobie wypić coś mocniejszego. Kiedy przystawał na chwilę, wraz z nim kobyłka. Kinomani krzyczeli wówczas: „Błaszczak nie stój! Błaszczak prądu dawaj!”.
Błaszczak przecierał wąs i odkrzykiwał do zgromadzonych w sali:
„A pocekajta państwo wsyscy aż się kobylina wyscy. Zaraz będzie dalej”.
Cóż, było robić. Kinomani czekali więc cierpliwie. Bywało, że przerwy w dostawie prądu powtarzały się. Błaszczak musiał się wówczas gęsto tłumaczyć:
- Pseprasam sanowną publikę. Pseprasam za awarię – kajał się wchodząc na salę.
„Awarie” skończyły się po kilkunastu miesiącach. Kinematograf podłączono do silnika spalinowego, a potem, prawdopodobnie ok. 1938 r., do stojącego nad rzeką, przy moście, młyna Abrama Laksa. Kino stało się dźwiękowe. Pojawiły się też reklamy. Puszczano je przed każdym seansem. Przez otwarte drzwi od „operatorki” słychać je było niemal w całym miasteczku. Dzięki temu tyszowieccy szewcy, prawosławni chłopi, żydowscy krawcy i przekupki mogli usłyszeć, że: „piękne nogi zasługują na jedwabne pończochy, a najlepsze są pończochy Delta 7777”. Po miasteczku rozbrzmiewały reklamy pasty Erdal, kawy „Enrilo”, żyletek „Polonia” i mydła „Adamczewski z wieżą”.
- Mydło Adamczewski z wieżą w każdym domu musi być. Bielizna będzie czysta, lśniąca, jedwabista. Niech panie mi uwierzą, że mydło tylko z wieżą w każdym domu musi być – podśpiewuje sobie nawet dziś jedną z takich reklam Wanda Dziubińska.
Maria Jakubiak, która pomagała ojcu Sikorskiemu w wyświetlaniu filmów twierdzi, że do kina chodzili przede wszystkim Żydzi. Już miesiąc przed projekcją wiedzieli, który film należy obejrzeć. Ze względu na nich, seanse filmowe odbywały się w sobotę – w żydowskie święto szabas.
- Normalnie graliśmy dwa dni, po dwa seanse, ale gdy był dobry film, który podobał się Żydom, to graliśmy 4 - 5 dni pod rząd, po 3 seanse. Miałam wrażenie, że do kina nie przyszedł tylko ten, który na drugi dzień miał umrzeć. Na filmy żydowskie bilety były wykupywane z wyprzedzeniem. A Broń Boże, żeby film był antysemicki. Wtedy żadnego Żyda nie było w kinie, czyli finansowa klapa – opowiada Jakubiak.
Filmy do Tyszowiec przyjeżdżały koleją wąskotorową na stację w Tuczapach. Stamtąd odbierał je umyślny wysyłany przez Szeka bądź Sikorskiego.
- Normalnie wynajęcie filmu kosztowało 40-50 zł. Żydowskie były droższe. Kosztowały nawet 200 zł, ale opłacało się. Bardzo dobre, ale drogie były filmy z warszawskiej wytwórni Sfinks. Na nich zawsze była pełna sala – opowiada Maria Jakubiak.
Obowiązkowo, przed seansem, w kiosku stojącym przy kinie kupowano wodę sodową, a także „limonady owocowe i wyroby cukrowe”. Sala kinowa podzielona była na kilka sektorów. Najlepsze z wygodnymi krzesłami znajdowały się u góry sali. Luksus ten kosztował złotówkę. Stać na niego było głównie urzędników i bogatych kupców. Tam, rzadko wszystkie miejsca były zajęte. Tłok był za to w niższych rzędach. W drugich, z ławkami, bilet kosztował 75 groszy i w trzecich, bliżej ekranu 50 groszy. Miejsca pod samym ekranem kosztowały 25 groszy.
- Chociaż bilety sprzedawaliśmy po złotówce, to oficjalnie kosztowały 99 groszy, a te po 50 groszy 49. Od każdych 50 groszy trzeba było odprowadzić do kasy miejskiej 10 procent podatku – przyznaje Maria Jakubiak.
Kino wyświetlało filmy aż do tragicznego września 1939 r.
- To był dobry interes. Po zbombardowaniu miasta przyszliśmy i nic już tam nie było. Jednego dnia zrabowali wszystko: krzesła, ławy, zasłony z okien i sceny. Ukradli również projektor – mówi rozgoryczona Maria Jakubiak.
Czarnecki sprowadził Krzyżaków
W czasie okupacji, w dawnej sali kinowej, hitlerowcy urządzili magazyn zbożowy. Po zakończeniu wojny budynek wrócił do swojej pierwotnej funkcji kulturalnej. Na scenie prezentował się amatorski zespół teatralny działający w Liceum Ogólnokształcącym.
Władze miasteczka nie zapomniały jednak o kinie. Jego uruchomienie było jednym z punktów 6-letniego planu rozwoju i odbudowy gminy sporządzonego w 1949 r. przez Gminną Radę Narodową. Pertraktacje z Przedsiębiorstwem Państwowym Film Polski prowadziły władze miejscowej Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. W 1950 r. na specjalny 6-tygodniowy kurs do Krakowa skierowano Mariana Wołoszyna oraz Feliksa Stelmaszczuka. Wołoszyn na kursie poznał nie tylko wiedzę z zakresu funkcjonowania kina, ale też przyszłą żoną Gienię. Miłość do niej zwyciężyła. W czerwcu 1951 r. zrezygnował z kierowania „Wiejskim Kinem w Tyszowcach”. Wyjechał do Grudziądza. Na stanowisku kierownika kina zastąpiła go siostra, Feliksa Taranowicz z domu Wołoszyn (do sierpnia 1958 r.)
- Kino miało powodzenie. Ludzie przychodzili do mnie, do domu, abym sprzedała im poza kolejnością bilety – wspomina Feliksa Taranowicz.
Operatorem kina był Feliks Marceli Stelmaszczuk, od czasu do czasu pomagał mu Bolesław Smoliński. Potem operatorem został Roman Czarnecki.
- Grałem filmy, które miałem zapisane w grafiku. Puszczałem więc filmy o Leninie, o zakładaniu kołchozów, tyle tylko, że nikt nie chciał na nie przychodzić. A jak już ludzie przyszli, to zazwyczaj na tych filmach tupali i gwizdali – opowiada Roman Czarnecki, ostatni operator kina, które w latach 60. otrzymało nazwę „Zorza”.
Czarnecki, z wykształcenia kowal, w kinie zaczął „grać” w 1953 roku, zaraz po powrocie z wojska. .
- Początkowo pracowałem „na dziko”. Potem jednak ukończyłem kurs operatorski pierwszej kategorii w Puławach, a następnie w Lublinie– mówi Czarnecki.
Kino było IV kategorii, z twardymi ławkami na 120 miejsc, wąskotaśmowe (16 mm), nieszczególnej jakości. Kino objazdowe Filmu Polskiego, czyli lepszej jakości, szerotaśmowe (35 mm) przyjeżdżało do miasteczka jedynie okazjonalnie. Brak wygód i słaba jakość miejscowego kina nikomu jednak nie przeszkadzały.
- Czasami chodziło się do niego nie tylko na film, ale by przytulić się do dziewczyny. Obyczaje były wtedy inne. Dziewczyna obściskująca się z chłopakiem na ulicy? To było nie do pomyślenia – mówi Bolesław, który za kawalerskich czasów był częstym bywalcem „Zorzy”.
Seanse odbywały się: we wtorki, piątki i niedzielę. Dla dzieci, w niedziele, wyświetlano poranki filmowe z bajkami, dla dorosłych projekcje wieczorne. Były specjalne seanse dla szkół i zakładów pracy.
- Powodzeniem cieszył się western o Winetou wyprodukowany przez Amerykanów we współpracy z Jugosłowianami. Podobała się „Szeherezada” oraz komedie rosyjskie, szczególnie „Wieczór trzech króli” – wylicza Roman Czarnecki.
Przebojem był film „Krzyżacy”. Kiedy po raz pierwszy miał być wyświetlany w „Zorzy”, mieszkańcy Tyszowiec omal nie pobili się o bilety.
- Po pierwszym seansie, na korytarzu, zebrałem całą garść guzików od ubrań, tak się ludzie pchali do drzwi. Przez miesiąc grałem „Krzyżaków” i nie mogłem ludzi tym filmem nasycić. Przychodziła młodzież, ich rodzice i dziadkowie. Ci ostatni przynosili ze sobą wodę, tak na wszelki wypadek gdyby mieli zasłabnąć z wrażenia – opowiada Czarnecki. Mówiono potem w miasteczku, że Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do Polski, a Roman Czarnecki do Tyszowiec.
Pod koniec lat 60. kino zaczęło przegrywać z telewizją. Sam budynek „Domu Ludowego” był poważnie zaniedbany. Wojewódzki Zarząd Kin w Lublinie nie miał pieniędzy na gruntowny remont. Podjął decyzję, że kino zakończy działalność. Argumentowano, że jest nierentowne.
- Ostatnim filmem wyświetlanym w kinie była komedia jak „Rozpętałem drugą wojnę światową”. Byłem na nim – chwali się Krzysztof Garbula pracownik tyszowieckiego magistratu.
W 1972 r. ksiądz proboszcz Kazimierz Gawlik, który budował wówczas nową plebanię, sprzedał opustoszały „Dom Ludowy” miejscowej Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Od tamtej pory w kinie jest sklep….
Robert Horbaczewski – dziennikarz, autor książki „W blasku świec. Opowieści tyszowieckie”, z której pochodzi powyższy, zmodyfikowany na potrzeby portalu fragment. www.roberthorbaczewski.pl





















